Zapytałam: kim jestem i dokąd idę
W odpowiedzi usłyszałam
Dałem ci cały świat, półkule obie
I oceanów wielki szmat
Dałem ci rozum w głowie
I osiemdziesiąt do stu lat ludzkiego losu
A ty wybieraj tak czy nie
Czy będziesz słuchać mego głosu.
Dałem ci wszystkie cuda świata
Także te nie odkryte
I gwiazdy co wracają nocą
Choć nikną bladym świtem
Wszystko jest w twojej mocy
Zależne od zrozumienia
Jedna prawda moja jest -
- to sens twego istnienia.
Lecz prawda świętych ksiąg
Nieprosta do zrozumienia
W rozumie twoim cierniem jest
Prowadzi do zwątpienia
I gmatwa proste ścieżki.
Niech cię pokory uczy
Abyś ty sam siebie
Pychą nie zdusił.
Byś rozum doskonalił
I mógł pojąć szybko
Te zer tysiące co stoją
Za zwykłą jedynką.
W dążeniu do światła
Byś szedł prostą drogą
W tym ci i ja i te księgi
Te święte pomogą.
Ostawiam cię samym
Byś jadł owoc życia
I by wciąż cię nęciła
Wielka tajemnica
Co stworzysz to twoje
Gdzie dojdziesz tam będziesz
A syn twój pójdzie dalej
I rozum twój posiędzie.
Dałem ci cały świat, półkule obie
I oceanów wielki szmat
Dałem ci rozum w głowie
I osiemdziesiąt do stu lat
Ludzkiego losu - ...
Ty, Panie tyle czasu masz,
Mieszkanie w chmurach i błękice,
A ja na głowie mnóstwo spraw
I na to wszystko jedno życie.
A skoro wszystko lepiej wiesz,
Bo patrzysz na nas z lotu ptaka,
To powiedz czemu tak mi jest,
Że czasem tylko siąść i płakać.
Ja się nie skarżę na swój los,
Potulna jestem jak baranek
I tylko mam nadzieję że,
Że chyba wiesz co robić Panie?
Ile mam grzechów, któż to wie,
A do liczenia nie mam głowy,
Wszystkie darujesz mi i tak,
Nie jesteś przecież drobiazgowy.
Lecz czemu mnie do niebios bram,
Prowadzisz drogą taką krętą
I czemu wciąż doświadczasz tak,
Jak gdybyś chciał uczynić świętym.
Nie chcę się skarżyć na swój los,
Nie proszę więcej niż dać możesz
I ciągle mam nadzieję, że,
Że chyba wiesz co robisz Boże?
To życie minie jak zły sen,
Jak tragifarsa, komediodramat,
A gdy się zbudzę, westchnę cóż,
To wszystko było chyba zamiast.
Lecz póki co w zamęcie trwam,
Licze na palcach lata szare
I tylko czasem przemknie myśl,
Przecież nie jestem tu za kare.
Dziś czuje się jak mrówka,
Gdy jakiś but tratuje jej mrowisko.
Czemu mi dałeś wiare w cud
A potem odebrałeś wszystko.
Nie chcę się skarżyć na swój los,
Choć wiem jak będzie jutro rano,
Tyle powiedzieć chciałam Ci,
Zamiast pacierza na dobranoc.
Poeci nie zjawiają się przypadkiem
Z niebieskich do nas przybywają stron
Na zawsze niezgłębioną jest zagadką
Dlaczego z nami los swój dzielić chcą
W źrenicach tych posłańców prosto z nieba
Istnienia smutek i marzenia blask
W chaosie ziemskich spraw ich serca wiecznie płoną dając znak
Tym którzy zabłądzili w mgle
Odchodzą tak jak przyszli niespodzianie
Zbyt prędko wypełniają się ich dni
I znów na długo zostajemy sami
Być może trochę lepsi dzięki nim
Bezbronni, samotni w naszym świecie
Tak, jakby niepotrzebni byli już
Odchodzą komedianci, muzykanci i poeci
Sternicy zagubionych naszych dusz
Ich pieśni ptaki w lasach wciąż śpiewają
I wieniec ziół rozsiewa po nich wiatr
Odchodzą stąd, lecz nie, nie umierają
Sumieniem naszym niespokojnym są
A kiedy mój czas także się wyczerpie
Poproszę cicho już ostatkiem tchu
Daj Boże proszę daj nadziei choć iskierkę
Że i ja też nie przypadkiem byłam tu