W długi, śmieszny karabin
I mały bagnet zbrojny
Zjawił się u mnie żołnierz
Z pierwszej światowej wojny.
I stanął w okienku strychu
Z tym karabinem w dłoni
I strzelał przez to okienko
I widać się przed kimś bronił.
Na próżno mu tłumaczę
Że teraz to nie ma sensu
I żeby sobie odpoczął
Bo ręce mu się trzęsą.
I żeby przestał strzelać
Bo wszędzie jest spokojnie
Jest nie tylko po pierwszej
Lecz i po drugiej wojnie.
On milczy i patrzy w przestrzeń
Nieruchomymi oczami
I strzela tępo i często
Zardzewiałymi kulami.
Do wrogów nieistniejących
Albo w samo zło
I czasem mój mały synek
Idzie do niego na strych.
Zanosi mu miskę zupy
Albo trzy, cztery bułki
A idąc, zawsze zabiera
Swój hełm i strzały z półki.
A żołnierz jest bardzo głodny
Lecz nim się rzuci na żarcie
Ustawia mojego synka
Na niepotrzebnej warcie.
Więc synek wkłada hełm
W którym wygląda śmiesznie
I strzela z łuku, a żołnierz
Jedzeniem się dławi pośpiesznie.
Lecz jedząc, spogląda czujnie
Ku ciemniejącym polom
Posłuszny przebrzmiałym rozkazom
Żałosny i smutny dziwoląg.
A mnie wcale nie śmieszy
Tej sprawy absurd niezmierny
Mnie imponuje ten żołnierz
Przynajmniej jest czemuś wierny.
Śpiewajmy o tym, co jest życia prozą
O tym, co sercu jest bliskie i drogie
O żebrakach, co przeklinają mrozy
I o matkach, co błogosławią ogień
O szmaciarzach, co grzebią w śmieciu każdym
Nuż się uśmiechnie do nich los łaskawy
I o poetach, co wpatrzeni w swą gwiazdę
Rozum stracili pozbawieni sławy
Śpiewajmy o tym co jest życia prozą
O tym, co sercu jest bliskie i drogie
O biednych matkach złorzeczących mrozom
O żebrakach, co błogosławią ogień
O dziewczynach, co w godzinie wieczornej
Kładą dzieci pod obcymi drzwiami
I dygocą przed ludźmi w uniformie
Którzy klucz dzierżą od więziennej bramy
Śpiewajmy, o tym co jest życia prozą
O tym, co sercu jest bliskie i drogie
O staruszkach, co przeklinają mrozy
I o dzieciach, co błogosławią ogień
Nie karminowe, kosmetyczne
Róże - królowe poetyczne
Pragnące, pachnąc, uszczęśliwić
Z łodygą jak balowa kibić
Metr wysokości płatki rżnięte
W krwawym koralu zawinięte
Róże - Hiszpanki feudalne
Nieopisanie seksualne
Przy których by sam rubin pobladł
Z jakimi na bajeczny obiad
Przychodził bogacz pełnokrwisty
Lawendą woniejący ogier
Do giętkiej i wysokonogiej
Panny Anieli
Smutnej, czystej, szaro-jedwabnej
No i z tymi wargami z lekka mięsistymi
Którymi po koniaku ciemnym
I mocnej kawie na wanilii
Chwytała róży płomień silny
I warg Alfreda smak korzenny
Piękna Aniela utrzymanka
Tańczyła na stołecznej scenie
Przychodził do niej po natchnienie
Ktoś inny jeszcze prócz amanta
Marny wierszopis miał rastenik
Z dziurami w płucach i w kieszeni
Jest właśnie teraz zły, pijany
I patrzy w róże wzrokiem szklanym
Patrzy, nie widząc pije koniak
I młotem żarno wali w skroniach
I wie bez róż, że ją zabije
Czy dziś, czy jutro, czy za tydzień
Choć nie wie nic i róż nie widzi
I ciągle tamten koniak pije
Róże nie zauważone
Jak rany jątrzą się czerwone
Osypujące pierś kochanki
Pięknej Anieli utrzymanki
I oto krwi morderczej kurzem
Już dymią gorejące róże
Jak dziś, jak jutro, jak za tydzień
Żegna się i do Adrii idzie