Średnie miasta, są takie średnie miasta
Gdzie żaden dom nad inne nie wyrasta
W średnich miastach mężczyzna czy niewiasta
Nie zwykli są współziomków swych przerastać
W średnich miastach nie szarpiesz się, nie szastasz
Spokojem tchną przedziwnym takie miasta
Miejscowości tych nie jestem entuzjastka
Ale przyznam, jakiś urok tkwi w tych miastach
Średnie miasta, są takie średnie miasta
Gdzie żaden dom nad inne nie wyrasta
W średnich miastach pomniki bluszcz zarasta
Niewielkie są pomniki w takich miastach
Średnie miasta wyryły zamiast hasła
Nad bramą swą jedyne słowo - basta
Gdy za tobą taka brama się zatrzasła
Trudno będzie tobie wyjść z takiego miasta
Zapytałam: kim jestem i dokąd idę
W odpowiedzi usłyszałam
Dałem ci cały świat, półkule obie
I oceanów wielki szmat
Dałem ci rozum w głowie
I osiemdziesiąt do stu lat ludzkiego losu
A ty wybieraj tak czy nie
Czy będziesz słuchać mego głosu.
Dałem ci wszystkie cuda świata
Także te nie odkryte
I gwiazdy co wracają nocą
Choć nikną bladym świtem
Wszystko jest w twojej mocy
Zależne od zrozumienia
Jedna prawda moja jest -
- to sens twego istnienia.
Lecz prawda świętych ksiąg
Nieprosta do zrozumienia
W rozumie twoim cierniem jest
Prowadzi do zwątpienia
I gmatwa proste ścieżki.
Niech cię pokory uczy
Abyś ty sam siebie
Pychą nie zdusił.
Byś rozum doskonalił
I mógł pojąć szybko
Te zer tysiące co stoją
Za zwykłą jedynką.
W dążeniu do światła
Byś szedł prostą drogą
W tym ci i ja i te księgi
Te święte pomogą.
Ostawiam cię samym
Byś jadł owoc życia
I by wciąż cię nęciła
Wielka tajemnica
Co stworzysz to twoje
Gdzie dojdziesz tam będziesz
A syn twój pójdzie dalej
I rozum twój posiędzie.
Dałem ci cały świat, półkule obie
I oceanów wielki szmat
Dałem ci rozum w głowie
I osiemdziesiąt do stu lat
Ludzkiego losu - ...
W długi, śmieszny karabin
I mały bagnet zbrojny
Zjawił się u mnie żołnierz
Z pierwszej światowej wojny.
I stanął w okienku strychu
Z tym karabinem w dłoni
I strzelał przez to okienko
I widać się przed kimś bronił.
Na próżno mu tłumaczę
Że teraz to nie ma sensu
I żeby sobie odpoczął
Bo ręce mu się trzęsą.
I żeby przestał strzelać
Bo wszędzie jest spokojnie
Jest nie tylko po pierwszej
Lecz i po drugiej wojnie.
On milczy i patrzy w przestrzeń
Nieruchomymi oczami
I strzela tępo i często
Zardzewiałymi kulami.
Do wrogów nieistniejących
Albo w samo zło
I czasem mój mały synek
Idzie do niego na strych.
Zanosi mu miskę zupy
Albo trzy, cztery bułki
A idąc, zawsze zabiera
Swój hełm i strzały z półki.
A żołnierz jest bardzo głodny
Lecz nim się rzuci na żarcie
Ustawia mojego synka
Na niepotrzebnej warcie.
Więc synek wkłada hełm
W którym wygląda śmiesznie
I strzela z łuku, a żołnierz
Jedzeniem się dławi pośpiesznie.
Lecz jedząc, spogląda czujnie
Ku ciemniejącym polom
Posłuszny przebrzmiałym rozkazom
Żałosny i smutny dziwoląg.
A mnie wcale nie śmieszy
Tej sprawy absurd niezmierny
Mnie imponuje ten żołnierz
Przynajmniej jest czemuś wierny.