Władza w kraju jest potrzebna
Jak ster dla okrętu
Żeby kraj się nie pogrążył w otchłani zamętu
Cechą władzy sprawiedliwej
Jest szacunek władcy do poddanych
Tak mawiają najlepsi doradcy
Władzę swą wybiera naród
Dlatego powinien
Władzę swą szanować z tego demokracja słynie
Tamdaradej
Lecz czasami władza bierze
Przykład z króla słońca
A jej wzrok i słuch dosięga
Ledwie biurka końca
Naród zaś czasami żąda
Cudów manny z nieba
Zamiast swoją pracą pomóc
Gdy potrzeba chleba
Dobrze będzie tylko wtedy
Kiedy naród władzę
No i władza naród też mieć
Będzie na uwadze
Tamdaradej
Spokój jest potrzebny ludziom
By czegoś dokonać
Rząd ma znaleźć dobrą drogę
Naród ją pokonać
Lecz jeżeli taka droga
Będzie jednak zmorą
Ludzie pójdą inną drogą
Nowy rząd wybiorą
Tamdaradej
Aby czasu nie marnować
I sił nie roztrwonić
Mądrych ludzi trzeba słuchać
I jak skarb ich chronić
Tamdaradej
Ty, Panie tyle czasu masz,
Mieszkanie w chmurach i błękice,
A ja na głowie mnóstwo spraw
I na to wszystko jedno życie.
A skoro wszystko lepiej wiesz,
Bo patrzysz na nas z lotu ptaka,
To powiedz czemu tak mi jest,
Że czasem tylko siąść i płakać.
Ja się nie skarżę na swój los,
Potulna jestem jak baranek
I tylko mam nadzieję że,
Że chyba wiesz co robić Panie?
Ile mam grzechów, któż to wie,
A do liczenia nie mam głowy,
Wszystkie darujesz mi i tak,
Nie jesteś przecież drobiazgowy.
Lecz czemu mnie do niebios bram,
Prowadzisz drogą taką krętą
I czemu wciąż doświadczasz tak,
Jak gdybyś chciał uczynić świętym.
Nie chcę się skarżyć na swój los,
Nie proszę więcej niż dać możesz
I ciągle mam nadzieję, że,
Że chyba wiesz co robisz Boże?
To życie minie jak zły sen,
Jak tragifarsa, komediodramat,
A gdy się zbudzę, westchnę cóż,
To wszystko było chyba zamiast.
Lecz póki co w zamęcie trwam,
Licze na palcach lata szare
I tylko czasem przemknie myśl,
Przecież nie jestem tu za kare.
Dziś czuje się jak mrówka,
Gdy jakiś but tratuje jej mrowisko.
Czemu mi dałeś wiare w cud
A potem odebrałeś wszystko.
Nie chcę się skarżyć na swój los,
Choć wiem jak będzie jutro rano,
Tyle powiedzieć chciałam Ci,
Zamiast pacierza na dobranoc.
Poeci nie zjawiają się przypadkiem
Z niebieskich do nas przybywają stron
Na zawsze niezgłębioną jest zagadką
Dlaczego z nami los swój dzielić chcą
W źrenicach tych posłańców prosto z nieba
Istnienia smutek i marzenia blask
W chaosie ziemskich spraw ich serca wiecznie płoną dając znak
Tym którzy zabłądzili w mgle
Odchodzą tak jak przyszli niespodzianie
Zbyt prędko wypełniają się ich dni
I znów na długo zostajemy sami
Być może trochę lepsi dzięki nim
Bezbronni, samotni w naszym świecie
Tak, jakby niepotrzebni byli już
Odchodzą komedianci, muzykanci i poeci
Sternicy zagubionych naszych dusz
Ich pieśni ptaki w lasach wciąż śpiewają
I wieniec ziół rozsiewa po nich wiatr
Odchodzą stąd, lecz nie, nie umierają
Sumieniem naszym niespokojnym są
A kiedy mój czas także się wyczerpie
Poproszę cicho już ostatkiem tchu
Daj Boże proszę daj nadziei choć iskierkę
Że i ja też nie przypadkiem byłam tu