Gdy jedna łza opada w dół
To jeszcze nic, to jeden ból
Żal, że jedno serce pękło znów
Płacz, dziewczyno, płacz
Tak wiele waży łza
Lżej, gdy się rozleje w rzekę łez
Serdecznie płacz, mężczyzno, płacz
Osuszy rzekę czas
Sól w kącikach ust wytrawi wiatr.
Gdy tysiąc łez opada w dół
Jak wielki deszcz z bezbronnych chmur
To tysiąc serc przeszywa ból
Ulice łez i miasta łez
Wagony łez, pociągi łez
Czy nigdy już nie skończą się.
Są złote łzy z bogatych serc
I srebrne łzy zamożnych sfer
Spójrz, biedaków łzy to zwykłe szkło
Pan uskładać chce naszyjnik z naszych łez
Płacz to taka zwykła ludzka rzecz.
A szczęścia łzy, gdzie one są
Do jakich ust spływają wciąż
Aj, jak przez te łzy wygląda świat
Śmiej się, bracie, śmiej
Niech perły rodzi śmiech
Pan chce mieć naszyjnik z naszych łez
Dlatego śmiej się, bracie, śmiej
Niech życie perli się
Śmiech to taka ludzka, zwykła rzecz.
Sama kupuję sobie kwiaty
Ktoś w końcu robić to powinien
Płakać najlepiej w deszczu
Lub pod pretekstem jakimś w kinie.
By w domu móc z uśmiechem
Podawać ci te herbaty
Sama zabieram się na spacer
Sama kupuję sobie kwiaty.
Tak, tak to jest.
Do ciebie prawie już nie mówię
Bo ty tak łatwo się rozpraszasz
A gdy mi zrobisz jakąś przykrość
To sama za nią się przepraszam.
Tak, tak to jest.
Tyle snów prześnionych głupio
Właściwie zmieniło się tylko nazwisko
Cichutko gramy sobie na nerwach
Dajmy już spokój, po co to wszystko.
Bezsilnie miotam się po kuchni
Żeby nie krzyczeć ściskam pięści
My się już chyba nie dogadamy
To chyba trudno nazwać szczęściem.
Nie będę przecież bardziej sama
Mam już na głowie większe straty
Myślę, a mówię, co kochany
Może zaparzyć ci herbaty.
Tak, tak to jest.
Sama kupuję sobie kwiaty
Ktoś w końcu robić to powinien
Płakać najlepiej w deszczu
Lub pod pretekstem jakimś w kinie.
By w domu móc z uśmiechem
Podawać ci te herbaty
I z furią stawiać ci przed nosem
Te Bogu ducha winne kwiaty.
Tak, tak to jest.
Nie karminowe, kosmetyczne
Róże - królowe poetyczne
Pragnące, pachnąc, uszczęśliwić
Z łodygą jak balowa kibić
Metr wysokości płatki rżnięte
W krwawym koralu zawinięte
Róże - Hiszpanki feudalne
Nieopisanie seksualne
Przy których by sam rubin pobladł
Z jakimi na bajeczny obiad
Przychodził bogacz pełnokrwisty
Lawendą woniejący ogier
Do giętkiej i wysokonogiej
Panny Anieli
Smutnej, czystej, szaro-jedwabnej
No i z tymi wargami z lekka mięsistymi
Którymi po koniaku ciemnym
I mocnej kawie na wanilii
Chwytała róży płomień silny
I warg Alfreda smak korzenny
Piękna Aniela utrzymanka
Tańczyła na stołecznej scenie
Przychodził do niej po natchnienie
Ktoś inny jeszcze prócz amanta
Marny wierszopis miał rastenik
Z dziurami w płucach i w kieszeni
Jest właśnie teraz zły, pijany
I patrzy w róże wzrokiem szklanym
Patrzy, nie widząc pije koniak
I młotem żarno wali w skroniach
I wie bez róż, że ją zabije
Czy dziś, czy jutro, czy za tydzień
Choć nie wie nic i róż nie widzi
I ciągle tamten koniak pije
Róże nie zauważone
Jak rany jątrzą się czerwone
Osypujące pierś kochanki
Pięknej Anieli utrzymanki
I oto krwi morderczej kurzem
Już dymią gorejące róże
Jak dziś, jak jutro, jak za tydzień
Żegna się i do Adrii idzie