Zapisz swoję ulubione piosenki Edyty Gepperd

Imie/ksywa:*

Mail

Komatarz dla przyszłych pokoleń:




Gdy jedna łza opada w dół

To jeszcze nic, to jeden ból
Żal, że jedno serce pękło znów
Płacz, dziewczyno, płacz
Tak wiele waży łza
Lżej, gdy się rozleje w rzekę łez
Serdecznie płacz, mężczyzno, płacz
Osuszy rzekę czas
Sól w kącikach ust wytrawi wiatr.

Gdy tysiąc łez opada w dół
Jak wielki deszcz z bezbronnych chmur
To tysiąc serc przeszywa ból
Ulice łez i miasta łez
Wagony łez, pociągi łez
Czy nigdy już nie skończą się.

Są złote łzy z bogatych serc
I srebrne łzy zamożnych sfer
Spójrz, biedaków łzy to zwykłe szkło
Pan uskładać chce naszyjnik z naszych łez
Płacz to taka zwykła ludzka rzecz.

A szczęścia łzy, gdzie one są
Do jakich ust spływają wciąż
Aj, jak przez te łzy wygląda świat
Śmiej się, bracie, śmiej
Niech perły rodzi śmiech
Pan chce mieć naszyjnik z naszych łez
Dlatego śmiej się, bracie, śmiej
Niech życie perli się
Śmiech to taka ludzka, zwykła rzecz.





Sama kupuję sobie kwiaty

Ktoś w końcu robić to powinien
Płakać najlepiej w deszczu
Lub pod pretekstem jakimś w kinie.

By w domu móc z uśmiechem
Podawać ci te herbaty
Sama zabieram się na spacer
Sama kupuję sobie kwiaty.

Tak, tak to jest.

Do ciebie prawie już nie mówię
Bo ty tak łatwo się rozpraszasz
A gdy mi zrobisz jakąś przykrość
To sama za nią się przepraszam.

Tak, tak to jest.

Tyle snów prześnionych głupio
Właściwie zmieniło się tylko nazwisko
Cichutko gramy sobie na nerwach
Dajmy już spokój, po co to wszystko.

Bezsilnie miotam się po kuchni
Żeby nie krzyczeć ściskam pięści
My się już chyba nie dogadamy
To chyba trudno nazwać szczęściem.

Nie będę przecież bardziej sama
Mam już na głowie większe straty
Myślę, a mówię, co kochany
Może zaparzyć ci herbaty.

Tak, tak to jest.

Sama kupuję sobie kwiaty
Ktoś w końcu robić to powinien
Płakać najlepiej w deszczu
Lub pod pretekstem jakimś w kinie.

By w domu móc z uśmiechem
Podawać ci te herbaty
I z furią stawiać ci przed nosem
Te Bogu ducha winne kwiaty.

Tak, tak to jest.





W długi, śmieszny karabin 

I mały bagnet zbrojny
Zjawił się u mnie żołnierz
Z pierwszej światowej wojny.

I stanął w okienku strychu
Z tym karabinem w dłoni
I strzelał przez to okienko
I widać się przed kimś bronił.

Na próżno mu tłumaczę
Że teraz to nie ma sensu
I żeby sobie odpoczął
Bo ręce mu się trzęsą.

I żeby przestał strzelać
Bo wszędzie jest spokojnie
Jest nie tylko po pierwszej
Lecz i po drugiej wojnie.

On milczy i patrzy w przestrzeń
Nieruchomymi oczami
I strzela tępo i często
Zardzewiałymi kulami.

Do wrogów nieistniejących
Albo w samo zło
I czasem mój mały synek
Idzie do niego na strych.

Zanosi mu miskę zupy
Albo trzy, cztery bułki
A idąc, zawsze zabiera
Swój hełm i strzały z półki.

A żołnierz jest bardzo głodny
Lecz nim się rzuci na żarcie
Ustawia mojego synka
Na niepotrzebnej warcie.

Więc synek wkłada hełm
W którym wygląda śmiesznie
I strzela z łuku, a żołnierz
Jedzeniem się dławi pośpiesznie.

Lecz jedząc, spogląda czujnie
Ku ciemniejącym polom
Posłuszny przebrzmiałym rozkazom
Żałosny i smutny dziwoląg.

A mnie wcale nie śmieszy
Tej sprawy absurd niezmierny
Mnie imponuje ten żołnierz
Przynajmniej jest czemuś wierny.