Adieu Zatoko Snów, good bye Riwiero Marzeń
Za rok zobaczę znów mój stolik w coctail barze
Na szklanki pustym dnie obejrzę stary film
O ludziach, co we mgle, o czasie, który był.
A tulił nas jak port, jak fort lirycznych band
Elegant, birbant, lord, sopocki Hotel Grand.
Adieu Zatoko Snów, good bye Riwiero Marzeń
Za rok zobaczę znów mój stolik w coctail barze
Na szklanki pustym dnie obejrzę stary film
O ludziach, co we mgle, o czasie, który był.
Tu piękniał każdy gość i lasem pachniał gin
I fajkę palił ktoś, Japończyk albo Fin
Złocistych okien sto patrzyło z brzegu, gdy
Na plażę wybiegł ktoś po zeszłoroczne łzy.
Najbielsze z białych mew spadały do stóp mi
Anioły prosto z chmur do balkonowych drzwi
Kochanki były tam z żurnalu "Erotique"
Do dziś niektóre znam, po innych został krzyk.
Adieu Zatoko Snów, good bye Riwiero Marzeń
Za rok zobaczę znów mój stolik w coctail barze
Na szklanki pustym dnie obejrzę stary film
O ludziach, co we mgle, o czasie, który był.
Słonecznej piłki lot nad ranem cieszył nas
Jak zabłąkany kot odchodził nocny czas
O, nie daj trafić tu z mężczyzną marnym, złym
Co już nie bawi nas, nie rani byle czym.
Bolera gęsty miód i fiolet nocnych par
Niech starczy nam za cud, gdy się dopali żar
Nie dajmy nabrać się na życia podły kant
Że można więcej mieć, mieć więcej niż ten Grand.
Adieu Zatoko Snów, good bye Riwiero Marzeń
Za rok zobaczę znów mój stolik w coctail barze
Na szklanki pustym dnie obejrzę stary film
O ludziach, co we mgle, o czasie, który był.
A tulił nas jak port, jak fort lirycznych band
Elegant, birbant, lord, sopocki Hotel Grand.
W długi, śmieszny karabin
I mały bagnet zbrojny
Zjawił się u mnie żołnierz
Z pierwszej światowej wojny.
I stanął w okienku strychu
Z tym karabinem w dłoni
I strzelał przez to okienko
I widać się przed kimś bronił.
Na próżno mu tłumaczę
Że teraz to nie ma sensu
I żeby sobie odpoczął
Bo ręce mu się trzęsą.
I żeby przestał strzelać
Bo wszędzie jest spokojnie
Jest nie tylko po pierwszej
Lecz i po drugiej wojnie.
On milczy i patrzy w przestrzeń
Nieruchomymi oczami
I strzela tępo i często
Zardzewiałymi kulami.
Do wrogów nieistniejących
Albo w samo zło
I czasem mój mały synek
Idzie do niego na strych.
Zanosi mu miskę zupy
Albo trzy, cztery bułki
A idąc, zawsze zabiera
Swój hełm i strzały z półki.
A żołnierz jest bardzo głodny
Lecz nim się rzuci na żarcie
Ustawia mojego synka
Na niepotrzebnej warcie.
Więc synek wkłada hełm
W którym wygląda śmiesznie
I strzela z łuku, a żołnierz
Jedzeniem się dławi pośpiesznie.
Lecz jedząc, spogląda czujnie
Ku ciemniejącym polom
Posłuszny przebrzmiałym rozkazom
Żałosny i smutny dziwoląg.
A mnie wcale nie śmieszy
Tej sprawy absurd niezmierny
Mnie imponuje ten żołnierz
Przynajmniej jest czemuś wierny.